Kiepski dzień

remontNie lubię dni takich, jak dzisiejszy. Nic nie szło po mojej myśli. Do pracy spóźniałam się, ponieważ moje auto miało bunt na pokładzie. Nie dość tego zapomniałam zatankować dnia poprzedniego. W ten sposób spóźniałam się z powodu tankowania, a do tego wolniejszej jazdy, bo co próbowałam przyspieszyć, to mój samochód dosłownie krztusił się. Masa zadań na mnie czekała, a nad głową niezadowolony szef. Do tego zadzwonił mąż, że mam szybko wracać do domu po pracy, bo zabrakło mu kleju do glazury (i jeszcze inna chemia budowlana mu brakowała) i stoi z remontem (a właściwie z wykończeniem domu), który ciągnie się u nas już od dłuższego czasu. A jak tu szybko wracać, gdy auto nawala, a jeszcze tyle w pracy trzeba zrobić, że prawdopodobnie przyjdzie mi tu dłużej zostać. Gdy już się uporałam z tym, co najważniejsze, szybko popędziłam do domu. O ile można nazwać pędzenie zepsutym autem. Mąż oczywiście nie był zadowolony, że tyle musiał czekać. Gdy pojechał do sklepu, postanowiłam nieco odpocząć. I na tym polu nie było mi dane zaznać spokoju, bo rozdzwoniły się, jak na złość wszystkie telefony. Ostatecznie ani nie odpoczęłam ani też zbyt wiele pożytecznego nie zrobiłam.